Muł nie jest osiołkiem, czyli czego dowiedziałam się w Maroku i podczas podejścia na Jebel Toubkal

Trudno powiedzieć czego się spodziewałam. Czy sułtana na wielbłądzie, czy też jak mówi pewna nieokrzesana i bliska mi osoba „lepianek z gówna”. To ostatnie doprałam już z moich górskich butów i nie został na nich nawet ślad obecności na najwyższym ze szczytów Afryki Północnej i gór Atlasu. Ale po kolei. Do Maroka dotarliśmy samolotem. Ciężko byłoby dotrzeć inaczej. Niezorientowani geograficznie mogą starać się skojarzyć ten region świata po piosence „Nigdy nie byłem w Casablance”. Ja też nie byłam, ale nie o tym.

Brak koloru

Pierwsza rzecz, którą było widać z okien samolotu to góry, ośnieżone szczyty, które nie współgrały z moją ogólną wizją Afryki – sawanny z żyrafą. Potem było jednak lepiej. Teren zrobił się suchy i ciemny. Zaskoczył mnie brak kolorów. Tzn. one były, miejscami dość intensywne, ale nie tego się spodziewałam. Ciężko to wyjaśnić. Wszystko miało kolor beżowy i brunatny jak piasek, czasami wpadał w czerwień. Budynki były takie jak otaczająca je ziemia, wtapiały się w nią. Nie było nic, co by się z nich wyróżniało. Krajobraz Maroka jest pod tym względem bardzo monotonny. Piękny, egzotyczny, niespotykany, ale monotonny. Pokazywałam później zdjęcia mojej matce i pytała mnie, czemu pokazuję jej wciąż to samo miejsce…

Maroko

fot. AZ

Maroko

fot. AZ

Maroko

fot. AZ

Osiołki

Druga rzecz, której się nie spodziewałam to osiołki. Tak na nie mówiliśmy, chociaż przewodnik był bardzo na to oburzony. Były to muły, które nosiły na swoich grzbietach różne rzeczy, czasami też ludzi. Były wszędzie. Co gorsze, ich odchody też. Skala obecności jednego i drugiego powiększyła się w górskiej miejscowości Imlil, skąd rozpoczęliśmy podejście na górę Jebel Toubkal. Im wyżej, tym było gorzej. Szły szlakiem z dołu od asfaltu aż do schroniska na wysokości około 3 200 m n.p.m. Były spocone, jak i my. Zwykle towarzyszył im człowiek, równie obładowany jak one, ale zdarzył się i samotny osiołek przemierzający szlak. Mało kto na nich jechał, zwykle wiozły jakieś przedmioty w jukach.

Zimno

Jebel Toubkal

fot. AZ

Afryka kojarzy się z ciepłem, nawet gorącem, ale tak stanowczo nie było. Na szczycie temperatura wynosiła -10°C. Był to grudzień, więc pewnie nic niezwykłego o tej porze roku i na tej wysokości. Jednak racjonalnie myślący człowiek spodziewałby się odrobiny ciepła chociaż na kwaterze. Nic z tego, w większości miejsc nie ma tam ogrzewania, a szczeliny np. pomiędzy drzwiami a ścianą są tak wielkie, że hula wiatr. Były i inne interesujące ubytki w ścianach, choćby w postaci braku wstawionego okna. Marokańczycy, których widzieliśmy, radzili sobie z tym w ciekawy sposób, ponieważ cały czas chodzili w kurtkach, tak samo na zewnątrz, jak i w pomieszczeniu.

Jedzenie

Maroko

fot. AZ

Na miejscu zjadłam tylko dwie miejscowe potrawy o nazwach: tadżin i tangia. Nie z braku ochoty, ale dlatego że nic innego nie było. W Maroko dominuje tadżin. Jest to nazwa naczynia, w którym się je wykonuje (na zdjęciu powyżej), jak i potrawy, którą jest wszystko, co się do niego wrzuci. Bazę w naszych tadżinach zawsze stanowiły ziemniaki i marchew, a dodać do nich można było, np. mięso, jajka, pomidory, paprykę lub zupełnie nic w przypadku tadżina wegetariańskiego. Jadąc do Maroka nie miałam żadnych oczekiwań, co do jedzenia, ale cierpieli moi towarzysze. Marzyły im się wyraziste smaki, doprawione dania, różne przyprawy. Tymczasem w naszych daniach często nie było nawet soli.

Dlatego bardzo zdziwiła mnie tangia, zamówiona w Marrakeszu, już na końcu pobytu, kiedy nie spodziewałam się niczego zjadliwego. Była mocno doprawiona i bardzo ciekawie podana na gorącym półmisku. Kelner zrobił z tego swoisty rytuał, kiedy postawił przede mną zamknięty tadżin, kazał naszykować aparat, podniósł pokrywę do góry, a w środku… nie było zupełnie nic. Na szczęście żarty żartami, później przyniósł w glinianym pojemniku właściwą potrawę. Na pewno w Maroku można polecić sałatki, ponieważ warzywa i owoce są tam świeże i dobre, a zupełnym milczeniem pominąć zupy (wyobraź sobie zupę bez soli).

Picie

Maroko

fot. AZ

Kiedy matka przeglądała zdjęcia z wycieczki, ojciec dopraszał się o miejscowy alkohol. Tu pojawia się pewien problem. Maroko to kraj bezalkoholowy. Dopytując o piwo, można dowiedzieć się, że alkohol jest tam zakazany, a sprzedawca ścisza głos, gdy to mówi. Wszyscy natomiast polecali berber whisky. Jest to nic innego jak bardzo słodka, miejscowa herbata, nalewana w specjalny sposób. Podczas nalewania trzeba wznieść czajnik jak najwyżej. Nalewanie nie jest łatwe, gdyż szklanki mają dość małą średnicę (u nas używa się takich do zimnych napojów). Jest to tradycyjny sposób nalewania herbaty, którym zajmuje się gospodarz. Marokańczycy mocno celebrują ten moment.

Pobudka o świcie

„Allahu Akbar; Ash-hadu al-la ilaha illa llah; Ash-hadu anna MuħammaduRasulullah; Hayya ‚ala s-salah; Hayya ‚ala ‚l-falah; Allāhu akbar; La ilaha illallah”

(tłum. „Bóg jest największy; Składam świadectwo, że nie ma Boga prócz Allaha; Składam świadectwo, że Muhammad jest Wysłannikiem Bożym, Przyjdź do salat (modlitwa), Przyjdź po szczęście; Bóg jest największy, nie ma boga prócz Allaha”).

Źródło: marrakesz.net

W momencie kiedy uda ci się zapomnieć, że Maroko to kraj muzułmański, budzą cię słowa „Allahu Akbar” bladym świtem. Jest to wezwanie do modlitwy. Puszczane z głośników, bardzo głośno. Nawet gdyby ktoś chciał, nie byłby w stanie tego przegapić.

Kobiety na motocyklach

Maroko

fot. AZ

W Maroko trudno spotkać kobietę. Te które chodzą ulicami, zwykle są w dość podeszłym wieku. Wszystkie skromnie zakryte chustami. Można jednak spotkać młodą kobietę jadącą skuterem. Zwykle nie samą, tylko w towarzystwie drugiej, ale zaciekawiło mnie ta sprawa, ponieważ nie był to odosobniony przypadek. Okazuje się, że skuterzystkom i motocyklistkom z Marakeszu poświęcono wystawę zdjęć, którą można było obejrzeć na nowojorskim Manhattanie (https://www.motocaina.pl/artykul/kobiety-z-maroka-na-skuterach-wystawa-zdjec-6531.html).

Drogi Internet

Nawet nie wiedziałam do ilu wygód przyzwyczaiło mnie życie w Polsce. Jedną z nich jest Internet. Można skorzystać z wi-fi lub mieć własne w całkiem rozsądnych pieniądzach. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wykorzystać pakietu miesięcznego wykupowanego za niecałe 30 zł w jednej z polskich sieci.

W Maroko sprawa wygląda zupełnie inaczej. Własny operator kazał mi wyłączyć tam transmisję danych, ponieważ 1 MB kosztuje 44,46 zł. Gdyby komuś trudno było sobie wyobrazić ile to jest, jedno zdjęcie ma więcej. Łatwo policzyć, jak wysoki może być rachunek. W niektórych miejscach było wi-fi, tzn. w hotelach, w schroniskach i w niektórych restauracjach. Jednak np. w schronisku nie chcieli go podać. Hasło wpisywała bezpośrednio w telefonie osoba z obsługi. Jeszcze nigdy nie czułam się tak człowiekiem Zachodu, jak właśnie w tamtym momencie.

Maroko

fot. AZ

Maroko

fot. AZ

Maroko

fot. AZ

Jeśli ktoś tu dotarł, przepraszam że przydługo. Czasami gromadzi się taka energia twórcza, która musi znaleźć swoje ujście. Tym razem w ten sposób. Maroko z pewnością warto jest odwiedzić. Szczególnie dotyczy to kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie znał innej kultury niż nasza, europejska. Jest to zupełnie inny świat, kraj innej religii, z pobudką o świcie, prostym życiem, gdzie w jednym z głównych miast nie ma wyższych budynków niż na dwa piętra.

Pin It

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *